Spełnione marzenie Natalki: spotkanie z konikiem małym i dużym

Sobota

Spełnione marzenie Natalki: spotkanie z konikiem małym i dużymNie straszny nam deszcz, nie straszny nam wiatr - my z dzielną Natalką wyruszamy w świat... To chyba najwłaściwszy początek naszej opowieści, ponieważ od rana lało jak z cebra, a prognoza pogody na niedzielę nie brzmiała zbyt optymistycznie. Cóż - w przyrodzie musi być równowaga, a ilość optymizmu zapakowana do naszego samochodu była naprawdę potężna :) Trudno się dziwić - w końcu jechaliśmy spełnić marzenie Natalki o spotkaniu z konikami... Naszym celem był piękny Pałac w Mortęgach, którego właścicielami są Państwo Wiesława i Marek Niedźwieccy - nasi wspaniali sponsorzy. Hmm... w zasadzie Pałac był dodatkową atrakcją, ponieważ gwoździem programu było spotkanie ze zwierzątkami zamieszkującymi stajnie oraz ich mniejszymi kolegami i koleżankami mieszkającymi po sąsiedzku ;P

Chwilę po ruszeniu z miejsca okazało się, że w bagażniku mamy pasażera na gapę, który koniecznie chciał towarzyszyć Natalce i nie mógł się już doczekać spotkania z nią. Pluszowy dalmatyńczyk otrzymał imię Maks, dostał najlepszą miejscówkę (na kolanach naszej marzycielki) i mogliśmy jechać dalej. Kiedy dołączyły do niego koniki ukryte w plecaczku Natalki zaczęła się zabawa na całego! Wesołe zwierzaki rozmawiały, tańczyły, śpiewały i bawiły się ze sobą ku uciesze nas wszystkich. Natalka okazała się być panią bardzo mądrą i sprawiedliwą, więc gdy Maks narozrabiał, to wylądował w więzieniu (u jej stóp) i tylko dzięki jej dobremu sercu nie spędził tam całego dnia, a jedynie parę minut. W międzyczasie podziwialiśmy widoki za oknem. Dorośli - pola, łąki, niebo, aleje drzew, a Natalka zdecydowanie koniki, które pojawiały się na naszym horyzoncie niczym drogowskazy mówiące "jedziecie w dobrym kierunku". I jechaliśmy :) Wszyscy czuliśmy przez skórę, że najbliższa doba będzie obfitować w chwile tak radosne i tak wyjątkowe, że trudno je będzie zapomnieć. I nie pomyliliśmy się.

Pałac w Mortęgach okazał się miejscem na wskroś magicznym i wprost idealnym do spełnienia marzenia Natalki. Rodzina państwa Niedźwieckich ma w sobie iście uzdrawiające ciepło, którym otuliła nas bardzo skutecznie, czego efekty można było zauważyć prawie natychmiast. Nic więc dziwnego, że dopisywało nam wszystko - i apetyty, i poczucie humoru i zdrowie (Natalce nie zaszkodziły nawet dwie dokładki kapustki na kolację, chociaż obawiałyśmy się, że odchoruje ten wyczyn po swoich ostatnich problemach z trawieniem).

I kiedy myśleliśmy, że nic już nie przebije zaserwowanych nam pyszności... pojawił się Pimpuś i tort. Żółty i baaardzo przytulaśny Pimpuś (w różowym sweterku z dwoma guziczkami z tyłu) wyskoczył z kolorowej torby trzymanej przez pana Marka i od razu wpadł w ręce Natalki. Oboje sobie przypadli do gustu tak bardzo, że nie chcieli się ze sobą rozstawać aż do późnej nocy, a Maks bez zmrużenia oka zaakceptował tę przyjaźń.

Co zaś się tyczy tortu... w tym miejscu powinnam zaśpiewać "aaaaach co to był za toooooooort". Drugiego takiego ze świecą by szukać! Miał wypisaną dedykację "Dla Natalki", był super-hiper-pysznościowy, przetykany świeżutkimi malinami zbieranymi za domem i był pełen zwierząt! Na środku leżała wdzięczna kaczuszka, na obrzeżach zaś rozgościł się piesek i kilka biedronek, które jak wiadomo przynoszą szczęście, a każde z nich ręcznej roboty, gotowe do schrupania. Jednym słowem RE-WE-LA-CJA!

Po tej wyjątkowej kolacji nadeszła pora na kolejną niespodziankę wieczoru zamkniętą w pudełku owiniętym zielonym papierem i przewiązanym białą wstążką. Natalka bez trudu poradziła sobie z opakowaniem (dzięki pomocy Maksa i Pimpusia) i oczom nas wszystkich ukazała się kaseta video z bajką "Mustang z Dzikiej Doliny". Jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki na hollu pojawił się magnetowid, który został natychmiast podpięty do telewizora i mogliśmy przystąpić do oglądania. Niestety - wygodna kanapa, długa podróż, późna godzina i popołudnie pełne emocji wygrały z Natalkową chęcią obejrzenia bajki i o 23:00 (nieźle, co?!) nasza marzycielka zarządziła przerwę na sen, tak więc wszyscy grzecznie udaliśmy się do łóżek.

Niedziela

W niedzielę rano Natalka wstała pełna werwy (phi - kto by tam odsypiał zarwaną noc ;P), zjadła śniadanie (równie pyszne, co sobotnia kolacja), a na wieść o tym, że "konik już czeka" zapomniała o całym świecie. Rzeczywiście przed Pałacem stała bryczka, która zabrała naszą marzycielkę wraz z mamusią na przejażdżkę po okolicy. Przejażdżka byłaby o wiele dłuższa, gdyby nie deszcz, który jak na złość postanowił się rozpadać i zmusił dziewczyny do rychłego powrotu oraz uzbrojenia Natalki w płaszczyk przeciwdeszczowy i parasol.

Spełnione marzenie Natalki: spotkanie z konikiem małym i dużymPrawdę powiedziawszy nie było nawet kiedy żałować tej "zmiany planów", ponieważ dzięki temu zostaliśmy świadkami spędzania koni z padoku. Stałyśmy przy samej bramie, przy której zatrzymywały się biegnące konie i podziwiałyśmy ich piękno z otwartymi ustami. Natalka co chwilę wyciągała rączkę wołając do któregoś z nich "Chodź do mnie", ale zaaferowanie konie zdawały się jej nie słyszeć. Myślicie, że to ją zniechęciło? ABSOLUTNIE NIE! Odczekała tylko, aż konie wylądują w swoich boksach (w międzyczasie nagradzając kostkami cukru czworonożnego "przewoźnika bryczkowego") i natychmiast znalazła się w stajni, po to, by pogłaskać i podkarmić każdy wychylający się łeb. Chyba nie muszę pisać, że na brak chętnych nie mogła narzekać!

W międzyczasie deszcz zrobił sobie przerwę, z której skwapliwie skorzystaliśmy i zaczęły się przygotowania do najważniejszego momentu całego pobytu: jazdy na koniku. Wybrańcem okazał się być Kaper, koń równie piękny, co łagodny, któremu - zdaniem opiekunki Kasi - bezpiecznie można było powierzyć nasz największy (chociaż najmniejszy) skarb. Żebyście widzieli ich spotkanie! Najpierw Natalka mu się przyjrzała, później grzecznie przedstawiła, poczęstowała kosteczką cukru, a na koniec zaczęła dzielnie szczotkować, a wszystko pod czujnym okiem Kasi. To był naprawdę piękny widok!

Piękniejszy mógł być już tylko obrazek wszystkich podczas jazdy: Oli łagodnie prowadzącej Kapera, Kasi troskliwie ubezpieczającej naszą Marzycielkę i szczęśliwej Natalki, która zdawała się nagle mieć niewyczerpowywalne akumulatorki zamiast serduszka. Nawet nie zliczę, ile okrążeń zrobiły dziewczyny, ale było ich tyle, że od samego patrzenia my - obserwatorzy czuliśmy się zmęczeni - oczywiście w przeciwieństwie do Natalki, która podpytywana przez nas, nie czuła ani wiatru, ani chłodu ani odrobiny zmęczenia. Pragnąc jak najdłużej nie schodzić ze swojego wymarzonego tronu z radością wykonywała wszystkie polecenia Kasi, które okazały się być świetną zabawą i wspaniałą gimnastyką w jednym.

Na potwierdzenie swojej doskonałej kondycji Natalka raz po raz machała do nas radośnie rączkami i promiennie się uśśmiechała. Widocznie tego uśmiechu pozazdrościły nam chmury i na znak protestu polały nas deszczem oznaczającym koniec przejażdżki. Przejażdżki - tak, ale nie atrakcji, które jeszcze czekały naszą marzycielkę :)

W tym miejscu na scenę wkroczyła radosna suczka owczarka niemieckiego, po niej rozbrykany Ciapek, który co chwilę doprowadzał Natalkę do śmiechu biegając za rzucanym mu kamyczkiem, potem były dwa wesołe koziołki i jedna biała kózka, rozkoszny czarno-biały kotek-przytulasiek, krówka, która nie chciała nam pokazać języka, świnki wietnamskie, króliki z wielkimi uszami, mała kurka, bażanty i gołębie różnej rasy. Nie wiem czy wymieniłam wszystkich mieszkańców przedstawianych nam przez Olę i jej Tatę, ale było ich tylu, że naprawdę trudno spamiętać. I proszę! Wiedziałam! Zapomniałam o jaskółkach w gniazdku, do których co chwilę podlatywała ptasia-mamusia z pokarmem!

Po takim spacerze pozostało nam już tylko jedno: zjeść obiad i zacząć przygotowania do powrotu, na który NIKT z nas nie miał najmniejszej ochoty. Niestety - obowiązki wzywały nieubłaganie. Zanim jednak przystąpiliśmy do tej smutnej powinności, postanowiliśmy uszczknąć z tego dnia jeszcze trochę przyjemności. Przy kubeczkach kawy, herbaty, napoju malinowego i drożdżowego ciasta własnej roboty dokończyliśmy oglądanie przerwanej dzień wcześniej bajki, a Natalka znalazła jeszcze czas na kolorowanie obrazków ze swoją nową koleżanką Dominiką.

Dopiero przy obiedzie mieliśmy okazję się przekonać jak mocno Natalkę mobilizowała myśl o spełnieniu marzenia i radość z tego, co ją jeszcze czekało, ponieważ wraz z każdą łyżką rosołu jej główka stawała się coraz cięższa, a po dwóch kęsach ziemniaczków z kotlecikiem wprost opierała się czołem o talerzyk. Natalka zaczęła odczuwać zmęczenie... Oczywiście wystarczyło, że na horyzoncie pojawiła się kilkuletnia towarzyszka skora do zabawy, żeby siły wróciły, a obie dziewczynki wylądowały wśród koników, ale czegóż innego się spodziewać po marzycielce stojącej twarzą w twarz ze swoim marzeniem!

Tak oto nasz wyjazd dobiegał końca. Jeszcze tylko uroczyste wręczenie dyplomów, pamiątkowe zdjęcie, Natalkowe kanapki i soczek na drogę i... (po)wóz zajechał.

Myślę, że Mortęgi pozostaną na zawsze w sercach każdego z nas i to nie tylko jako miejsce, w którym Natalka spędziła swój wymarzony dzień i gdzie jest się goszczonym po królewsku, a każdy posiłek jest rajem dla podniebienia, ale głównie dlatego, że mieszkańcy tej posiadłości są ludźmi jak marzenie.

Pani Wiesiu, panie Marku, Agnieszko, Kasiu, Olu, Małgosiu i Maćku - dziękujemy Wam bardzo za to wszystko, czym nas tak hojnie obdarowaliście, a zwłaszcza za to, czego nie da się kupić za żadne pieniądze! To Wy sprawiacie, że to miejsce promieniuje samą pozytywną energią, a akumulatory same się doładowują. Wy - Wasza wzajemna miłość, którą można by ogrzać dziesiątki rodzin, Wasz optymizm, Wasze poczucie humoru, Wasza życzliwość, Wasze ciepłe uśmiechy ilekroć przechodziliście obok i wielkie, wprost przeogromne serce otwarte dla każdej chorującej duszyczki.

DZIĘKUJEMY!

I to nie tylko w imieniu Natalki, bo każde z nas wracało od Was bogatsze o coś, co z samej głębi wywoływało uśmiech na twarzy. Jesteście NIESAMOWICI!!!

Dziękujemy Gosi Chmielewskiej za jej cegiełkę daną prosto z serca, przeznaczoną na pokrycie kosztów przejazdu Natalki i naszemu kierowcy - Miśkowi, który nas bezpiecznie dowiózł, odwiózł, i w razie potrzeby służył silnym męskim ramieniem oraz finansowym wsparciem kosztów paliwa.

Mieliśmy WIELKIE szczęście, że każde z Was stanęło na naszej drodze :)

Wolontariusze: Mada S. i Marta Z.

Relacja: Mada.

Źródło: mammarzenie.org

Strona główna | Cennik | Dojazd | Kontakt
Wszelkie prawa zastrzeżone © 2007 Mortęgi.pl